"POMOCY, ZNÓW TO
ZROBIŁAM, DZIŚ ZNOWU SIĘ ZRANIŁAM. I NAJGORSZE JEST TO, ŻE NIE MA INNEGO
WINNEGO."
Następnego
dnia musiałam iść do szkoły. Właśnie, musiałam. Choć bardzo tego nie chciałam.
Nie chciałam patrzeć na tą twarz która się śmieje i wygłupia. To boli. Nadal
bardzo boli. "będę to robić. Będę się krzywdzić. Za każdym razem kiedy on
na mnie spojrzy chodź na mini sekundę.." myślałam. I tak też robiłam.
Ilekroć na mnie spojrzał, kierowałam się do łazienki i robiłam kolejne znaki na
nadgarstku. Potrzebny był mi Kacper. Mój najlepszy na świecie przyjaciel. Mój
brat, moja rodzina. Chciałam by ten dzień się szybko skończył bym mogła się
zobaczyć z przyjacielem. Ostatni dzwonek
zbliżał się nieubłaganie. 13:44. Dzwoń głupi dzwonku! Dzwoń! No już!
Dryyyyyyyyyyyyn, wreszcie. Zerwałam się, spakowałam książki i ruszyłam w stronę
szatni. Wzięłam w rękę kurtkę z butami i wybiegłam z budynku.
Kierowałam się do parku, tam gdzie się zawsze spotykałam z Kacprem w poniedziałki i piątki po szkole.
Czekałam na niego. Usiadłam na ławce i nerwowo wypatrywałam mijający czas. Spóźniał się. 10 minut, 20 minut, 40 minut. Nie zjawił się. Postanowiłam wrócić do domu i zadzwonić do niego na skypie. Nie było go od wczoraj na komputerze. Dziwne. Zawsze pisał mi że go nie będzie, albo że się spóźni. A dzisiaj nic od niego nie dostałam. Ani telefonu, ani wiadomości. Jego telefon nie odpowiadał. Miał wyłączony.
Zaczęłam się zastanawiać co takiego go zatrzymało. Nagle w progu drzwi zobaczyłam mamę Kacpra. Wyglądała fatalnie. Do głowy nasuwało mi się jedno pytanie. "dlaczego do mnie przyszła? " podeszła do mnie i przytuliła mnie mocno. Zaczęła płakać. Nigdy jeszcze nie widziałam jej w takim stanie. Nie rozumiałam co się stało, dlaczego tak cierpi.
- spokojnie, co się stało, ciociu? Zapytałam zmartwiona. Kobieta odsunęła się i usiadła naprzeciwko mnie. Zaczęła nerwowo oplatać sobie ręce. Nie mogła zebrać słów do kupy.
- Rey.. Muszę Ci coś powiedzieć…
- ciociu, spokojnie. Mów co się dzieje.
on nie żyje. Mój mały synek nie żyje.. Wybełkotała łamliwym głosem. - mój Kacperek nie żyje. Zamarłam. Dlaczego ona mu takie rzeczy mówi? Chciała żebym czuła się gorzej?
- co ty mówisz ciociu, to nie prawda. Kacper żyje, czemu tak mówisz? Zapytałam z łzami w oczach. Modliłam się o to by powiedziała że żartowała i żeby zza drzwi wybiegł uśmiechnięty Kacper.
- jego już nie ma. Zostawił nas. Moje słoneczko odeszło. Zaczęła mamrotać. Zachowywała się tak jakby potrzebowała wizyty u psychologa. Nie wiedziałam kompletnie co się dzieje. Nie trafiało to do mnie. Nie mogłam uwierzyć że mój najlepszy przyjaciel, mnie zostawił. Akurat w ten chwili.. W tym momencie, kiedy najbardziej go potrzebowałam. Nie wytrzymałam psychicznie. Łzy napłynęły mi do oczu. Rozpłakałam się. Obie płakałyśmy.
- za dwa tygodnie jest pogrzeb.. Kacperek na pewno by chciał abyś na nim była.. Kobieta wstała i z łzami w oczach opuściła mój pokój. Mój świat legł w gruzach. Nie docierało do mnie to co przed chwilą miało miejsce. Chwyciłam za telefon i nerwowo wykręciłam numer Kacpra. Jeden sygnał.. Drugi.. Trzeci.. Czwarty… piąty… rozłączyłam się i spróbowałam ponownie. Pierwszy sygnał.. Drugi..trzeci… do pokoju wszedł mój brat i zobaczył mnie w kącie całą zapłakaną z telefonem w ręku.
- on odbierze… zobaczysz.. Tylko się ze mną droczy.. Gadałam jak szalona. Wykręcałam ponownie numer przyjaciela. Nie odbierał.
- tshhhhh. Już dobrze. Patrzy na ciebie na pewno tam z góry. Pocieszał mnie wskazując na niebo za oknem.
- ale on żyje Louis! On żyje! On mnie by nie zostawił! Dobrze wie że go potrzebuje! On …- zaczęłam płakać coraz bardziej. Nie mogłam opanować łez wyciekających spod oczu. Czułam się niepotrzebna.
- Rey..
-Nie! Nie chce tego słuchać! On żyje! Jest na dole i się śmieje z mamą i tatą! Chodź znajdziemy go. Wzięłam za rękę brata i ruszyłam w stronę salonu i pokoi. Nigdzie go nie było. Chodziłam jak jakaś opętana po całym domu w poszukiwaniu Kacpra.
- kochanie.. Wiem że to dla ciebie trudne bo straciłaś przyjaciela.. Ale..
- nie mamo! On tu jest! Schował się i zaraz wyskoczy! Ja już go znam. Zaraz wyskoczy i mnie przytuli.
- Annie powinniśmy z nią chyba jechać do specjalisty..
- nie Mark! Nie zrobisz z naszej córki chorej psychicznie dziewczyny. Uniosła się kobieta.
- ona potrzebuje czasu tato. Musi się otrząsnąć. Za pare dni to minie.. Za pare dni będzie już dobrze.
Kierowałam się do parku, tam gdzie się zawsze spotykałam z Kacprem w poniedziałki i piątki po szkole.
Czekałam na niego. Usiadłam na ławce i nerwowo wypatrywałam mijający czas. Spóźniał się. 10 minut, 20 minut, 40 minut. Nie zjawił się. Postanowiłam wrócić do domu i zadzwonić do niego na skypie. Nie było go od wczoraj na komputerze. Dziwne. Zawsze pisał mi że go nie będzie, albo że się spóźni. A dzisiaj nic od niego nie dostałam. Ani telefonu, ani wiadomości. Jego telefon nie odpowiadał. Miał wyłączony.
Zaczęłam się zastanawiać co takiego go zatrzymało. Nagle w progu drzwi zobaczyłam mamę Kacpra. Wyglądała fatalnie. Do głowy nasuwało mi się jedno pytanie. "dlaczego do mnie przyszła? " podeszła do mnie i przytuliła mnie mocno. Zaczęła płakać. Nigdy jeszcze nie widziałam jej w takim stanie. Nie rozumiałam co się stało, dlaczego tak cierpi.
- spokojnie, co się stało, ciociu? Zapytałam zmartwiona. Kobieta odsunęła się i usiadła naprzeciwko mnie. Zaczęła nerwowo oplatać sobie ręce. Nie mogła zebrać słów do kupy.
- Rey.. Muszę Ci coś powiedzieć…
- ciociu, spokojnie. Mów co się dzieje.
on nie żyje. Mój mały synek nie żyje.. Wybełkotała łamliwym głosem. - mój Kacperek nie żyje. Zamarłam. Dlaczego ona mu takie rzeczy mówi? Chciała żebym czuła się gorzej?
- co ty mówisz ciociu, to nie prawda. Kacper żyje, czemu tak mówisz? Zapytałam z łzami w oczach. Modliłam się o to by powiedziała że żartowała i żeby zza drzwi wybiegł uśmiechnięty Kacper.
- jego już nie ma. Zostawił nas. Moje słoneczko odeszło. Zaczęła mamrotać. Zachowywała się tak jakby potrzebowała wizyty u psychologa. Nie wiedziałam kompletnie co się dzieje. Nie trafiało to do mnie. Nie mogłam uwierzyć że mój najlepszy przyjaciel, mnie zostawił. Akurat w ten chwili.. W tym momencie, kiedy najbardziej go potrzebowałam. Nie wytrzymałam psychicznie. Łzy napłynęły mi do oczu. Rozpłakałam się. Obie płakałyśmy.
- za dwa tygodnie jest pogrzeb.. Kacperek na pewno by chciał abyś na nim była.. Kobieta wstała i z łzami w oczach opuściła mój pokój. Mój świat legł w gruzach. Nie docierało do mnie to co przed chwilą miało miejsce. Chwyciłam za telefon i nerwowo wykręciłam numer Kacpra. Jeden sygnał.. Drugi.. Trzeci.. Czwarty… piąty… rozłączyłam się i spróbowałam ponownie. Pierwszy sygnał.. Drugi..trzeci… do pokoju wszedł mój brat i zobaczył mnie w kącie całą zapłakaną z telefonem w ręku.
- on odbierze… zobaczysz.. Tylko się ze mną droczy.. Gadałam jak szalona. Wykręcałam ponownie numer przyjaciela. Nie odbierał.
- tshhhhh. Już dobrze. Patrzy na ciebie na pewno tam z góry. Pocieszał mnie wskazując na niebo za oknem.
- ale on żyje Louis! On żyje! On mnie by nie zostawił! Dobrze wie że go potrzebuje! On …- zaczęłam płakać coraz bardziej. Nie mogłam opanować łez wyciekających spod oczu. Czułam się niepotrzebna.
- Rey..
-Nie! Nie chce tego słuchać! On żyje! Jest na dole i się śmieje z mamą i tatą! Chodź znajdziemy go. Wzięłam za rękę brata i ruszyłam w stronę salonu i pokoi. Nigdzie go nie było. Chodziłam jak jakaś opętana po całym domu w poszukiwaniu Kacpra.
- kochanie.. Wiem że to dla ciebie trudne bo straciłaś przyjaciela.. Ale..
- nie mamo! On tu jest! Schował się i zaraz wyskoczy! Ja już go znam. Zaraz wyskoczy i mnie przytuli.
- Annie powinniśmy z nią chyba jechać do specjalisty..
- nie Mark! Nie zrobisz z naszej córki chorej psychicznie dziewczyny. Uniosła się kobieta.
- ona potrzebuje czasu tato. Musi się otrząsnąć. Za pare dni to minie.. Za pare dni będzie już dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz